Powoli zbliżał się koniec wakacji. Dni stawały się coraz krótsze, temperatura była coraz niższa, deszcz padał coraz częściej. Coraz więcej osób wymieniało sandały na trampki, szorty na długie spodnie, koszulki z krótkim rękawem na bluzki z długim rękawem. Parasolka stawała się niezbędnym elementem podczas każdego wyjścia na dwór. Słońce pokazywało się na niebie okazjonalnie, przez większość czasu zasłonięte przez deszczowe chmury kłębiące się nad Londynem. Lato dobiegało końca.
Wiatr wiał coraz mocniej smagając jej twarz chłodnymi podmuchami. Rozwiewał włosy w każdym kierunku świata tworząc z niech kłębowisko loków na około jej głowy - coś na kształt aureoli. Letnia bladozielona sukienka na taką pogodę absolutnie się nie sprawdzała. Na całym ciele kobiety pojawiła się gęsia skórka. Ciaśniej okryła się starym brązowym płaszczem i stojąc bez ruchu wpatrywała się w dal. Rozmyślała nad swoją przeszłością, do której nie chciała wracać. Mimo to instynktownie przejechała dłonią do bliźnie na obojczyku, która przypominała jej tamte czasy. Bolesne czasy. To, co wydarzyło się 16 lat temu nadal bolało. Rozpamiętywała to niemal codziennie, na nowo rozdrapując stare rany, które przez tak długi czas nadal nie potrafiły się zasklepić. Gdyby tylko mogła zmienić przeszłość, ile by za to mogła dać!
Pojedyncza łza spłynęła jej po policzku. Szybko otarła ją rękawem i machnięciem różdżki wyczarowała wieniec z lilii. Po chwili stworzyła drugą z róż i trzecią z hortensji. Powoli podeszła do grobów, przed którymi stała od godziny. Im była bliżej, tym czuła, że kolana coraz bardziej się pod nią uginają. To wszystko ją przytłaczało. Delikatnie rozłożyła kwiaty na grobach. Lilie na grobie matki, róże na grobie ojca i hortensje na grobie brata. Smutno się uśmiechnęła w stronę nagrobków. Jak bardzo jej ich brakowało! Dlaczego tak szybko musieli odejść i zostawić ją samą. Samą w tym wielkim świecie. Kolejna łza spłynęła po jej twarzy i skapnęła na grób brata. Że też jego musiała spotkać śmierć, tak wspaniałego, młodego człowieka. Była zaledwie 2 lata starszy od niej. Czekała go wspaniała przyszłość - studiował Magomedycynę, miał grono oddanych przyjaciół, był zaręczony ze wspaniałą dziewczyną. A to wszystko zostało brutalnie przerwane zielonym promieniem wychodzącym z różdżki śmierciożercy i dwoma słowami, które śniły się jej po nocach. Avada Kedavra.
Przeniosła wzrok na grób ojca. Jego krzyk, gdy był torturowany był głęboko zakorzeniony w jej głowie i nijak mogła się go pozbyć. Nie mogła też pozbyć się widoku, jak wił się pod Cruciatusem, a na koniec błagał o śmierć, byleby tylko przeżyły jego żona i córka. Śmierciożerca spełnił jego prośbę, zabijając na jego oczach kobietę, którą kochał ponad życie i rzucając w córkę klątwę tnącą. W chwili śmierci ojca widziała w jego oczach obawę, ale i spokój. Przeżyła chyba tylko dlatego, że czuwali nad nią rodzice i brat - innej możliwości nie widziała.
Dokładnie pamiętała moment, kiedy śmierciożerca pochylił się nad nią by sprawdzić czy jeszcze żyje po tym jak przez pół godziny torturował ją na przemian Cruciatusem i rzucał Sectumsemprą. Wstrzymała wtedy oddech i zamknęła oczy, starając nie poruszać się w żaden sposób. Czuła na sobie wzrok tego obrzydliwego mężczyzny przez minutę. Po tym czasie prychnął coś pod nosem o nic nie wartych zdrajcach krwi i na pożegnanie kopnął ją w żebra. Usłyszała jak coś chrupnęło i z całych sił dusiła w sobie chęć bezsilnego krzyku i rozpłakania się. Kiedy tylko usłyszała trzask deportacji, na czworaka przeszła do salonu, gdzie została wyrzucona jej różdżka. Była połamana w trzech miejscach, cztery kawałki wisiały na włosie jednorożca. Rozejrzała się wtedy naokoło. Różdżka brata leżała pod fotelem, była w nienaruszonym stanie. Ostatkiem sił doczołgała się do niej i chwyciła ją w zakrwawioną dłoń. Z całych sił starała się wyczarować Patronusa i przesłać przez niego wiadomość. Udało się jej dopiero za 7 razem, gdy z drewienka wyskoczyła sowa, radośnie pohukując. Zdołała jedynie wyszeptać słabe "Pomocy", wyczuła swąd spalenizny i zapadła ciemność.
Teraz łzy leciały jej ciurkiem po twarzy, mocząc znoszony płaszcz po matce. Na szyi miała czerwoną apaszkę brata, a w kieszeni trzymała spinki do mankietów po ojcu. Jedną z tych rzeczy zawsze przy sobie miała. Były obowiązkowym elementem jej ubioru, bez którego nie mogła wyjść z domu.
- Pomszczę was, obiecuję - wyszeptał chowając rękę do kieszeni i przekładając miedzy palcami spinkę. - Wybiję ich co do jednego. Przysięgam.
Jeszcze chwilę stała przed grobami, każdemu przyglądając się z osobna. Ze złożoną obietnicą odeszła wolnym krokiem od nich, nie spoglądając za siebie ani razu. Wiedziała, że wróci tu jeszcze nie raz.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz