środa, 31 sierpnia 2016

Rozdział I

- Masz już prawie 4 dychy na karku, a nie masz ani faceta, ani dzieci. Kurde, Ashavia, ty nie masz nawet tego cholernego kota! Każda stara panna go ma! McGonagall się nawet w niego zmienia! - dziwiła się Tonks popijając herbatę w Kwaterze Głównej Zakonu Feniksa. Dzisiaj był ostatni dzień sierpnia, a trzeba było przyznać, że pogoda tego dnia dopisywała.
- Dora, nasza Ash wcale nie jest jeszcze taka stara. Ma tyle lat ile ja, więc jest młodą boginią. Urody nawet ty możesz jej pozazdrościć - dogryzł Syriusz kuzynce odrzucając swoje włosy nonszalanckim ruchem ręki do tyłu, puszczając oczko do drugiej kobiety i stawiając przed nią kufel kremowego piwa. Od kiedy Kingsley'owi udało się cudem wydostać Łapę zza zasłony, ten był wszędzie i rozmawiał ze wszystkimi, aby dowiedzieć się, co ominęło go w ciągu tego roku, kiedy był nieobecny.
- Jej dajesz kufel piwa, a mi proponujesz jedynie filiżankę herbaty? Jak możesz - prychnęła różowowłosa posyłając kuzynowi piorunujące spojrzenie.
- Przypominam Ci Nimfadoro - specjalnie użył jej pełnego imienia, patrząc jak jej włosy przybierają krwistoczerwony kolor, a sama zaciska szczękę i próbuje zabić go wzrokiem - że od półtora miesiąca jesteś w , jak określiła to Pomfrey - sztucznie zamyślił się stukając palcem o brodę i kierując wzrok w sufit - a tak, w stanie błogosławionym, więc za jakikolwiek procent podany Tobie Remus wygarbowałby mi skórę, wyrwał wszystkie włosy, przepuścił przez maszynkę do mięsa, wystawił na dwór i podpalił, co rusz dorzucając drewna do ognia. Nie, ja jednak mam ciekawsze perspektywy na przyszłość.
         Metamorfomag i Syriusz roześmiali się, a Ashavia zawtórowała im sztucznym śmiechem. W rzeczywistości starała się nie rozpłakać i coraz mocniej ściskała ucho kufla, aż pobielały jej kostki. Łapa zauważając to, przestał się śmiać, spoważniał i położył na ramieniu Ash swoją dłoń.
- Dora, wystarczy - powiedział spoglądając na kuzynkę.
- Nie, nic się nie stało, naprawdę - zapewniła kobieta szybko rozmasowując obolałą dłoń od zaciskania się na naczyniu. - Naprawdę.
Chwilę krępującej ciszy przerwała aurorka.
- Słyszałam, że w tym roku zaczynasz pracę na stanowisku profesora Eliksirów - zagadnęła Tonks zgrabnie zmieniając temat.
Ashavia w odpowiedzi jedynie skinęła głową.
Syriusz dumnie wypiął pierś i potrząsając dłonią kobiety zaczął je gratulować - W końcu wygryzłaś Smarka z jego posadki, brawo! Puchonka zwyciężyła nad Ślizgonem, trzeba to koniecznie uczcić!
- Troszkę bym się z tym hamowała, bo to nie do końca tak - tłumaczyła Ash próbując zgasić entuzjazm Black'a. - Snape po prostu został na stanowisku profesora OPCMu, a Slughorn zrezygnował z pracy w Hogwarcie, więc szukali kogoś na stanowisko nauczyciela Eliksirów. Stwierdziłam, że spróbuję, bo i tak nie mam nic do stracenia...
- No cóż, i tak gratuluję - powiedział Animag z uśmiechem. - A teraz za Ashavię i jej nową pracę! - wykrzyknął unosząc swój kufel w górę. Obie kobiety uniosły swoje naczynia stukając się nimi z Syriuszem.
- Za Ashavię i lepszą przyszłość! - zawtórowała Tonks.
- Tak, za lepszą przyszłość - szepnęła sama do siebie, mając nadzieję, że taka naprawdę wkrótce nadejdzie.

* * *

         Ostatni raz przejrzała zawartość swojego kufra. Parę stosów ksiąg, kilka par szat, ubrania, jakieś kosmetyki, fiolki na eliksiry, ingrediencje i cała masa innych rzeczy. Zamknęła wieko kufra i przestawiła go bliżej drzwi. Teraz mieszkanie wydawało się takie puste, niczyje. Poznikały książki z półek, ubrania z szafy, kwiaty ze stołu, naczynia ze zlewu. Z ciężkim westchnieniem usiadła na kufrze i rozejrzała się na około. Nie mogła uwierzyć, że opuszcza swój dom na tak długi czas. Pocieszała się myślą, że wróci tu w trakcie przerwy świątecznej, aby kolejny raz samotnie spędzić święta w towarzystwie lampki wina i drzewka obwieszonego kolorowymi lampkami. Przy odrobinie szczęścia może ktoś ją odwiedzi albo zaprosi na parę godzin do swojego domu, aby wspólnie świętować ten czas, który zwykle spędzało się z rodziną. Musiała poważnie zastanowić się nad kupnem jakiegoś zwierzaka, sowy, może kota. W końcu będzie musiała z kimś porozmawiać, a gadanie do siebie w wieku 40 lat się jej nie uśmiechało.
        Przed wyjściem z mieszkania przeszła przez wszystkie pomieszczenia: mały salonik, kuchnię, łazienkę i sypialnię. W każdym z nich postawiła wazonik z kwiatem, chcąc zaznaczyć  jakoś swoją obecność. Wróciła do kufra i magicznie go pomniejszając schowała go do kieszeni. Wyszła z mieszkania i zamknęła je na klucz dodatkowo okładając zaklęciami ochronnymi. Gdzie jak gdzie, ale do swojego małego świata chciała jeszcze wrócić.

***

       Aportowała się przed bramami Hogwartu. Zamek górował nad wszystkim co się w pobliżu znajdowało, górami, jeziorem, lasem. Stał spokojnie, w pełni swojego majestatu, od blisko 1000 lat. Te same kamienne mury, wieże, fasady. Kiedyś była uczennicą tej szkoły i musiała przyznać, że był to jeden z lepszych okresów w jej życiu, o ile nie najlepszy.
       Z westchnieniem przekroczyła bramy i szła przez błonia w stronę zamku. Trawa jeszcze była zroszona rosą, czemu nie można było się dziwić. Było dopiero parę minut po 7. Niebo było lekko różowawe, z chwilą robiąc się coraz bardziej błękitne. Zakazany Las wydawał się jeszcze mroczniejszy niż w południe, a jezioro złowrogo falowało pod wpływem wiatru. Ashavia miała wrażenie, że wszystko chce jej pokazać, że nie pasuje do tego miejsca, że nie powinna się to znajdywać.
       Nim doszła do wejścia zamku, jej buty były mokre, a dół szaty przesiąknięty wodą. Przechodząc przez korytarze słyszała jedynie stukanie własnych obcasów i trzepot swojej peleryny. Schodziła na niższe kondygnacje, do swoich kwater. Komnaty miała w lochach, obok sali Eliksirów. Była mile zaskoczona, kiedy zobaczyła, że są przestronne i nie są tak zimne i surowe, jak sobie wyobrażała, jednak największym szokiem było to, że miały drugie piętro, gdzie były okna, przez które wlewało się sporo słonecznego światła. Po obejrzeniu ich dokładnie stwierdziła, że są nawet większe niż jej mieszkanie w Londynie.
      Rozłożyła książki na półkach, ubrania schowała do szafy, a inne drobiazgi poustawiała gdzieś w pokojach. Zmieniła też meble, transmutując je w wygodniejsze i praktyczniejsze. Na ścianach powiesiła obrazy, a ciężkie, zakurzone kotary zamieniła na lekkie firany. Pomimo niewielkich zmian zadowalał ja efekt, który osiągnęła.
      Dopiero co usiadła na fotelu, a dobiegło ją pukanie w drzwi, choć można by nazwać to bardziej waleniem. Leniwie podniosła się i podeszła do drzwi. Tylko lekko je uchyliła, a gdyby nie to, że cały czas trzymała klamkę z pewnością poznawałaby teraz twarzą fakturę posadzki, bowiem do jej pokojów wpadła czarna furia niemal biegając po ścianach. Severus Snape we własnej osobie.
- Dreakmore, kretynko, czy ja na ostatnim zebraniu nie mówiłem Tobie, że masz się stawić u mnie w gabinecie dokładnie DZISIAJ, dokładnie o ÓSMEJ?! - wykrzyczał emanując złością.
Chwilę się zamyśliła, próbując przypomnieć sobie ten moment dwa dni temu. Nic nie przychodziło jej do głowy, a dopiero mocne szarpnięcie za ramię i wyprowadzenie z pomieszczenia sprowadziło ją do teraźniejszości.
- Przepraszam, ale nie przypominam sobie czegoś takiego - wydukała nieśmiało. Uścisk na ramieniu wzmocnił się, a mężczyzna przyspieszył kroku. Jeszcze chwilę, a będzie ją ciągnął za rękę po podłodze.
- Wydawało mi się, że wyraziłem się wtedy dość jasno - wysyczał, nawet się nie zatrzymując. - Jak widać, do twojego pustego łba to nie dotarło.
- Przydałoby się więcej szacunku, Severusie. Ja nie wyzywam Ciebie od idiotów i pustogłowych imbecyli.
- Jeszcze tego by brakowało - prychnął ciągnąc ją po schodach w górę.
Szli w ciszy, nie zwracając wzajemnie na siebie uwagi. Kobieto starała się ignorować ból w ramieniu, a mężczyzna ignorował wszystko dookoła.
- To boli - syknęła próbując wyswobodzić się z jego uścisku.
- Głupota zazwyczaj boli, Dreakmore.
Nie minęło nawet pięć minut, a Ashavia miała serdecznie dość Snape'a. Nie dość, że przerwał jej odpoczynek i wyciągnął ja siłą z kwater, to na dodatek zwyzywał ją od kretynek.
Jak się okazało, zaciągnął ją do laboratorium, znajdującego się nieopodal jego komnat. Pomieszczenie było dosyć duże, dobrze wyposażone i funkcjonalne. Zawsze chciała takie mieć.
- Jak już mówiłem na zebraniu, a Ty tego NIE zakodowałaś, dzisiaj będziemy robić eliksiry dla Zakonu. Codziennie chcę Cię tu widzieć rano od 6 aż do śniadania i po skończonych obowiązkach należących do profesora do około północy. Ja tu wydaje polecenia, Ty się słuchasz i je wykonujesz. Nie toleruję sprzeciwu, twoich idiotycznych wymówek i tekstów typu: nie dam rady, nie mogę. Tobie się musi chcieć i musisz dawać radę, bez względu na to jakim kosztem. Zbliża się wojna, a jak na razie nasz wróg ma przewagę i to dość sporą.
      Skinęła jedynie głową i podeszła do swojego stanowiska pracy. Na miejscu czekała ją lista z eliksirami. Jeżeli się uwinie, powinna skończyć za jakieś 8 godzin. Wtedy uda się jej jeszcze przebrać i doprowadzić do porządku przed powitalną ucztą w Wielkiej Sali.
      Ze składzika przyniosła wszystkie potrzebne składniki i ustawiła je równo obok siebie. Lubiła jak wszystko było uporządkowane i na swoim miejscu. Nie była pedantką, może perfekcjonistką. Składniki zawsze starannie przygotowywała, a jej kociołki zawsze były czyste i idealne do użycia. Nie lubiła niechlujstwa i bałaganu.
     Po 4 godzinach od przygotowywania eliksirów w końcu oderwała się od kociołka, aby rozprostować plecy i przeciągnąć się. Teraz mikstura gotowała się na małym ogniu, co kwadrans zmieniając swój kolor pod wpływem temperatury i dodawanych składników.
- Kawy? Herbaty? Wody? - rzuciła pytanie w stronę pracującego mężczyzny.
- Ciszę, jeśli łaska - warknął nie odrywając się od siekania korzenia akantu.
    Ashavia zamilkła i skuliła się w sobie. Sztywno podeszła do stoliczka na rogu pomieszczenia i wyczarowała szklankę. Nalała do niej wody i wróciła do swojego stanowiska. Oparła się o brzeg blatu i wolno popijała wodę co chwilę spoglądając na kociołek. Po chwili dorzuciła do niego sproszkowany kieł smoka i zamieszała 3 razy zgodnie z ruchem wskazówek zegara. Następnie odstawiła go na bok i czekała aż wystygnie.
    Po kolejnych 4 godzinach skończyła pracę i wszystkie eliksiry przelała do średniej wielkości pojemniczków, które po napełnieniu odesłała do magazynku. Otarła pot z czoła i przyjrzała się swoim dłoniom. Już pojawiły się na nich odciski od krojenia twardych składników i zbyt mocnego ściskania nożyka. Schowała ręce do kieszeni szaty i odwróciła się do Snape'a, który sprzątał swoje stanowisko pracy.
- Już skończyłam. Idę do siebie - oznajmiła.
W odpowiedzi mężczyzna wzruszył jedynie ramionami nie zaszczycając jej nawet spojrzeniem.
- Do jutra - powiedziała uśmiechnięta wychodząc z pracowni. Jak się mogła spodziewać, zero reakcji na jej słowa. Jak zwykle. W sumie to mogłaby nagle zniknąć, a i tak nikt by tego nie zauważył. Smutne, ale prawdziwe. Nikt jej nie potrzebował i czasami zastanawiała się, po co jeszcze w ogóle żyje i dlaczego 16 lat temu nie mogła dołączyć do rodziny. Tak byłoby dla wszystkich lepiej.
Teraz musiała przygotować się na rozpoczęcie roku, które zacznie się już za parę godzin.

Prolog

                 Powoli zbliżał się koniec wakacji. Dni stawały się coraz krótsze, temperatura była coraz niższa, deszcz padał coraz częściej. Coraz więcej osób wymieniało sandały na trampki, szorty na długie spodnie, koszulki z krótkim rękawem na bluzki z długim rękawem. Parasolka stawała się niezbędnym elementem podczas każdego wyjścia na dwór. Słońce pokazywało się na niebie okazjonalnie, przez większość czasu zasłonięte przez deszczowe chmury kłębiące się nad Londynem. Lato dobiegało końca.
                 Wiatr wiał coraz mocniej smagając jej twarz chłodnymi podmuchami. Rozwiewał włosy w każdym kierunku świata tworząc z niech kłębowisko loków na około jej głowy - coś na kształt aureoli. Letnia bladozielona sukienka na taką pogodę absolutnie się nie sprawdzała. Na całym ciele kobiety pojawiła się gęsia skórka. Ciaśniej okryła się starym brązowym płaszczem i stojąc bez ruchu wpatrywała się w dal. Rozmyślała nad swoją przeszłością, do której nie chciała wracać. Mimo to instynktownie przejechała dłonią do bliźnie na obojczyku, która przypominała jej tamte czasy. Bolesne czasy. To, co wydarzyło się 16 lat temu nadal bolało. Rozpamiętywała to niemal codziennie, na nowo rozdrapując stare rany, które przez tak długi czas nadal nie potrafiły się zasklepić. Gdyby tylko mogła zmienić przeszłość, ile by za to mogła dać!
                  Pojedyncza łza spłynęła jej po policzku. Szybko otarła ją rękawem i machnięciem różdżki wyczarowała wieniec z lilii. Po chwili stworzyła drugą z róż i trzecią z hortensji. Powoli podeszła do grobów, przed którymi stała od godziny. Im była bliżej, tym czuła, że kolana coraz bardziej się pod nią uginają. To wszystko ją przytłaczało. Delikatnie rozłożyła kwiaty na grobach. Lilie na grobie matki, róże na grobie ojca i hortensje na grobie brata. Smutno się uśmiechnęła w stronę nagrobków. Jak bardzo jej ich brakowało! Dlaczego tak szybko musieli odejść i zostawić ją samą. Samą w tym wielkim świecie. Kolejna łza spłynęła po jej twarzy i skapnęła na grób brata. Że też jego musiała spotkać śmierć, tak wspaniałego, młodego człowieka. Była zaledwie 2 lata starszy od niej. Czekała go wspaniała przyszłość - studiował Magomedycynę, miał grono oddanych przyjaciół, był zaręczony ze wspaniałą dziewczyną. A to wszystko zostało brutalnie przerwane zielonym promieniem wychodzącym z różdżki śmierciożercy i dwoma słowami, które śniły się jej po nocach. Avada Kedavra.
                  Przeniosła wzrok na grób ojca. Jego krzyk, gdy był torturowany był głęboko zakorzeniony w jej głowie i nijak mogła się go pozbyć. Nie mogła też pozbyć się widoku, jak wił się pod Cruciatusem, a na koniec błagał o śmierć, byleby tylko przeżyły jego żona i córka. Śmierciożerca spełnił jego prośbę, zabijając na jego oczach kobietę, którą kochał ponad życie i rzucając w córkę klątwę tnącą. W chwili śmierci ojca widziała w jego oczach obawę, ale i spokój. Przeżyła chyba tylko dlatego, że czuwali nad nią rodzice i brat - innej możliwości nie widziała.
                  Dokładnie pamiętała moment, kiedy śmierciożerca pochylił się  nad nią by sprawdzić czy jeszcze żyje po tym jak przez pół godziny torturował ją na przemian Cruciatusem i rzucał Sectumsemprą. Wstrzymała wtedy oddech i zamknęła oczy, starając nie poruszać się w żaden sposób. Czuła na sobie wzrok tego obrzydliwego mężczyzny przez minutę. Po tym czasie prychnął coś pod nosem o nic nie wartych zdrajcach krwi i na pożegnanie kopnął ją w żebra. Usłyszała jak coś chrupnęło i z całych sił dusiła w sobie chęć bezsilnego krzyku i rozpłakania się. Kiedy tylko usłyszała trzask deportacji, na czworaka przeszła do salonu, gdzie została wyrzucona jej różdżka. Była połamana w trzech miejscach, cztery kawałki wisiały na włosie jednorożca. Rozejrzała się wtedy naokoło. Różdżka brata leżała pod fotelem, była w nienaruszonym stanie. Ostatkiem sił doczołgała się do niej i chwyciła ją w zakrwawioną dłoń. Z całych sił starała się wyczarować Patronusa i przesłać przez niego wiadomość. Udało się jej dopiero za 7 razem, gdy z drewienka wyskoczyła sowa, radośnie pohukując. Zdołała jedynie wyszeptać słabe "Pomocy", wyczuła swąd spalenizny i zapadła ciemność.
                  Teraz łzy leciały jej ciurkiem po twarzy, mocząc znoszony płaszcz po matce. Na szyi miała czerwoną apaszkę brata, a w kieszeni trzymała spinki do mankietów po ojcu. Jedną z tych rzeczy zawsze przy sobie miała. Były obowiązkowym elementem jej ubioru, bez którego nie mogła wyjść z domu.
- Pomszczę was, obiecuję - wyszeptał chowając rękę do kieszeni i przekładając miedzy palcami spinkę. - Wybiję ich co do jednego. Przysięgam.
                 Jeszcze chwilę stała przed grobami, każdemu przyglądając się z osobna. Ze złożoną obietnicą odeszła wolnym krokiem od nich, nie spoglądając za siebie ani razu. Wiedziała, że wróci tu jeszcze nie raz.